Od pewnego czasu toczy się w Polsce dyskusja, dotycząca wprowadzenia do powszechnej sprzedaży pigułki, umożliwiającej antykoncepcję postkoitalną – nazywanej częściej pigułką „po”. Przeciwnicy jej wprowadzenia stawiają argumenty dotyczące prawa jednostki do życia, często utożsamiając ten rodzaj antykoncepcji z aborcją; ponadto wskazują też na jej potencjał patalogizujący zarówno zdrowie jak i moralność społeczną. Łatwy dostęp do tej pigułki miałby usprawiedliwiać rozwiązłość seksualną zwłaszcza wśród młodzieży, dając możliwość do łatwego uniknięcia konsekwencji tzw. „niechcianej ciąży”. Natomiast zwolennicy wprowadzenia pigułki stawiają wyżej prawa rodziców do decydowania o tym czy chcą mieć potomstwo i dać tym samym życie nowej jednostce; nie uznają jednocześnie antykoncepcji postkoitalnej za aborcję. Argumentują, że każdy człowiek ma prawo do godnego życia, a niechciana ciąża dyskryminuje pochodzące z niej dziecko już na starcie. Za przykłady podają oni ciąże powstające np. w skutek gwałtów, czy ciąże u coraz to młodszych kobiet, które nie są w stanie zapewnić własnym dzieciom opieki; ponadto takie ciąże często grożą zdrowiu, a nawet życiu matki lub dziecka. Zdają oni pytanie – co jest lepsze: „niebezpieczna” ciążą u zgwałconej 13-latki, czy możliwość łatwego jej zapobieżenia? Przeciwnicy nie przyjmują tych argumentów, twierdząc, że nic nie usprawiedliwia zabicia człowieka, jakim jest przerwanie ciąży za pomocą tej pigułki, a więc usunięcie zarodka za pomocą antykoncepcji postkoitalnej.

Jednakże zdaniem lekarzy, stosowanie pigułki „po” nie jest aborcją, nie jest nawet tym samym co środki wczesnoporonne. Co prawda pigułka działa już po zapłodnieniu, jednakże jeszcze przed zagnieżdżeniem się zarodka w macicy. Wielu lekarzy to właśnie moment implementacji tzn. zagnieżdżenia się zarodka, uznaje za moment rozpoczęcia ciąży. Niektórzy uważają jednak, że ciąża rozpoczyna się w momencie zapłodnienia – według nich antykoncepcja postkoitalna będzie się równać z usuwaniem ciąży. W tym miejscu właśnie pojawia się spór o antykoncepcję postkoitalna, a z tego sporu nieuchronnie rodzi się pytanie: w którym momencie zaczyna się życie człowieka? Problem ten można umieścić pomiędzy istniejącymi już od dłuższego czasu w dyskusji publicznej sporami w temacie stosowania aborcji oraz używania sztucznej antykoncepcji. Wszystkie one osadzają się na jednym kluczowym – zadawanym chyba od początku istnienia człowieka – pytaniu: kim właściwie jest człowiek?

Na to pytanie próbowało odpowiedzieć wielu filozofów. Platon twierdził, że istotą człowieka jest jego dusza. Arystoteles uważał, że do istnienia potrzebna jest forma i materia, dlatego określił człowieka jako zwierzę rozumne. Św. Tomasz wywodząc z tych koncepcji swoją „teorię osoby”, wyłonił zdolności konstytuujące człowieka i odróżniające go tym samym od zwierząt. Te zdolności to: rozum, miłość, wolność i religijność – wszystkie mają świadczyć o naszej wyjątkowości i inteligencji. Objawiają się one w szeroko rozumianej kulturze jako: sztuka, nauka, prawo, religia, czy najrozmaitsze przejawy miłości. Taka kategoria myślenia wydaje się panować w światopoglądzie wielu ludzi. Często określają oni człowieka – w odróżnieniu od zwierząt – jako mającego rozum, swoistą inteligencję – zupełnie różną od instynktu właściwego zwierzętom. Mają one działać instynktownie i bez zastanowienia – w przeciwieństwie do człowieka, który jako rozumnie działający i posiadający zdolność do autorefleksji potrafi odróżnić dobro od zła. Wszystkie te typowo ludzkie cechy mają wynikać z naszej szczególnej inteligencji, która przeciwstawiana jest typowo zwierzęcemu instynktowi.

Wydaje się, że współczesna wiedza o człowieku, czerpana z wszelkich nauk, pozwala jeszcze dokładniej opisać wyróżniające człowieka cechy. Nic bardziej mylnego. To właśnie dziś – jak chyba nigdy przedtem – doświadczamy braku dobrej definicji człowieka. Z jednej strony potrafimy odczytać cały kod genetyczny, sklasyfikować budowę ciała, opisać typowe zachowania, możemy zapobiegać wielu chorobom; z drugiej zaś strony pozostajemy bezradni wobec wciąż przyspieszającego rozwoju i pojawiających się zeń problemów. Wciąż pojawiające się nowe odmiany chorób(również psychicznych), częsta utrata sensu życia przejawiająca się w coraz bardziej powszechnej depresji, a przede wszystkim brak jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: kim jest człowiek – mogą być tutaj przykładem.

Kształtujące się definicje, które określają człowieka przez analizę jego ciała lub zachowania, stwarzają więc problemy, które muszą prowadzić do sporów. Definiowanie człowieka przez pryzmat jego ciała rodzi potrzebę rozbicia go na części składowe i odnalezienia w nich takiej, która jest typowa człowiekowi. Nawet odnalezienie takiej cząstki (co mogłoby nastąpić w przypadku odkrycia specyficznego człowiekowi genu, o czym co jakiś czas donoszą różni naukowcy) spowodowałoby, że dzięki posiadaniu tej właściwej człowiekowi cząstki, dana jednostka musiała by być nazywana człowiekiem; brak jej posiadania wykluczałby zaś te jednostkę z grona ludzi. Jeśli wtedy ktoś urodziłby się bez tej specyficznej cechy ciała, to nie moglibyśmy go nazywać człowiekiem; natomiast zwierzę, które w drodze ewolucji wykształciłoby tę cechę, musiano by nazwać człowiekiem. Analogiczne narządy ciała u zwierząt prowadzą nas jednak do wniosków, że nie są one bynajmniej mniej inteligentne od ludzi, co więcej w niektórej liczbie przypadków – patrząc przez pryzmat ciała – zdają się one być wręcz inteligentniejsze.

Zmusza to niektóre Państwa, do nadawania zwierzętom praw. Za przykład może posłużyć niedawna decyzja indyjskiego rządu, nadająca delfinom status „osoby niebędącej człowiekiem”, a co za tym idzie również należnych im praw. U orek część mózgu odpowiedzialna za język i emocje jest rozwinięta bardziej niż u jakichkolwiek innych ssaków, w tym ludzi – twierdzi prof. Lori Marino, neurobiolog z Uniwersytetu Emory w USA. – (…)Patrząc na mózg orki i na mózg człowieka, bardzo trudno byłoby uznać, że mamy głębsze życie emocjonalne od nich – dodaje. Rząd Indii wyciągnął zatem z tego wnioski i delfiny przestały być tam „czymś”, a stały się „kimś”.

Próba definiowania człowieka poprzez biologiczną analizę wydaje się więc nieskuteczna, przede wszystkim ze względu na zmienność samej natury. Podobny problem rodzi się przy próbie definiowania człowieka przez pryzmat jego zachowania. Jakakolwiek cecha zachowania musiałaby wtedy określać człowieka. Czy pozwalałoby to wtedy tak nazywać zarodki, osoby chore, czy w jakikolwiek inny sposób odbiegające od normy zachowań? Warto zauważyć, że określanie człowieka poprzez formę jego zachowania, np. wyznanie, czy nawet światopogląd miało już miejsce w niedalekiej historii, pozbawiając statusu człowieka ogromne rzesze ludzkości (mam tu oczywiście na myśli ideologię np. nazizmu, a w konsekwencji także holokaust). Podobnie działo się w czasach stosowania eugeniki w USA i hitlerowskich Niemczech, gdzie odmawiano prawa posiadania dzieci np. osobom, które uznawano za chore – jest to jednak w tym wypadku wynikiem określania „dobrego” człowieka w odniesieniu do cech jego ciała. Jak widać definiowanie człowieka przez pryzmat zachowania rodzi więc podobne konsekwencje, jak określanie go przez analizę jego ciała; zawsze pojawia się pytanie, czy taka cecha zachowania lub ciała, która konstytuowałoby człowieka, zauważona u zwierzęcia, dałaby nam wystarczającą podstawę, do nazywania tego zwierzęcia, od momentu pojawienia się u niego ów cechy – człowiekiem?

W świetle niemożliwości stworzenia poprawnej definicji, jedynym sposobem na intuicyjne odróżnienie człowieka od innych istot jest określenie go na podstawie pochodzenia od podobnych sobie – ludzi. Intuicja taka tworzy się z paradoksów, które nie pozwalają nam nazywać potomków zwierząt – ludźmi, nakazując przy tym nazywać mianem człowieka wszystkich potomków ludzkości, bez względu na zachowanie, czy szczególną budowę ciała. Pozwala to zaliczyć do grona ludzkości: na wszelki sposób chorych czy odbiegających od normy, bez konieczności wliczania do tego grona zwierząt; wystarczy określić, czy dana jednostka jest potomkiem człowieka. Potrzeba nam jeszcze określenia momentu, w którym dochodzi do powstania doświadczającej siebie istoty, czyli w przypadku człowieka – czującej osoby ludzkiej. Wydaje się to być powiązane z szeroko rozumianym doświadczaniem, czyli odczuwaniem świata, które już od starożytności było utożsamiane z duszą.
Kartezjusz, poszukując duszy, pisał, że „ponieważ o jakiejś rzeczy w tym samym czasie mamy tylko jedną myśl, musi przeto istnieć jakieś miejsce, gdzie podwójne obrazy wzrokowe lub inne wrażenia jakiegoś pojedynczego przedmiotu, pochodzące od podwójnych narządów innych zmysłów, mogłyby się łączyć w jedno, zanim podążą do duszy, aby jej nie przedstawiały dwóch przedmiotów zamiast jednego.” To miejsce Kartezjusz utożsamił z szyszynką, organem znajdującym się wewnątrz naszych mózgów, który wydawał się idealnie spełniać powyższe wymagania. Co ciekawe szyszynka już od starożytności była – i co więcej nadal jest – utożsamiana z siedzibą naszej duszy w ciele. Ponadto wizerunek szyszynki(szyszkę), możemy odnaleźć w symbolice najrozmaitszych kultur: jest obecna np. na zwieńczeniu laski Asklepiosa(symbolu medycyny); ogromnych rozmiarów szyszynka od wieków wznosi się na placu w Watykanie; ponadto odnajdziemy ją na szczycie pastorału papieskiego.

Szczególne znaczenie szyszynki podkreślają również wyniki badań naukowych. Na uwagę zasługują szczególnie te przeprowadzone przez psychiatrę R. Strassman’a, a opisane w jego książce pt. „DMT. Molekuła Duszy. Zauważa on, że w przypadku ludzkiego płodu szyszynka staje się widoczna po 49 dniach od momentu poczęcia. Ponadto, niemalże dokładnie w tym samym czasie pojawiają się pierwsze sygnały umożliwiające rozpoznanie płci przyszłego dziecka. Nadzwyczaj interesujące jest to, że w wielu kulturach, to właśnie 49 dzień od poczęcia – a więc w świetle dzisiejszych badań, moment pojawienia się szyszynki – jest dniem, w którym dusza człowieka wstępuje w ludzkie ciało. Przykładem może tutaj być „Tybetańska Księga Umarłych”, a także buddyzm i hinduizm. Na uwagę zasługuje również „Zesłanie Ducha Świętego”, święto w religii chrześcijańskiej, które jest obchodzone 49 dni(sic!) po święcie Zmartwychwstania Chrystusa. Zastanawiać może symbolistyka tego i różnych innych związanych z tym dniem świąt i dogmatów.

W zasadzie szyszynka człowieka nie jest częścią mózgu. Wydaje się jednak zajmować najlepsze z możliwych miejsc. Znajduje się ona nieopodal kanałów płynu mózgowo-rdzeniowego, co umożliwia produkowanym przez nią wydzielinom przenikanie do najgłębszych zakamarków mózgu. Na dodatek zajmuje ona miejsce w pobliżu najważniejszych ośrodków czuciowych. Również elektryczne i chemiczne impulsy pochodzące z oczu i uszu muszą przejść w jej pobliżu, zanim będziemy mogli odebrać je w naszym umyśle jako obrazy i dźwięki. Na dodatek niewielką szyszynkę otacza układ limbiczny, czyli „emocjonalny”, będący ściśle powiązany z doświadczaniem takich uczuć, jak radość, gniew, strach, niepokój, czy przyjemność. Fala wytwarzanego przez szyszynkę DMT zalewa nasze ciała w najbardziej kluczowych momentach życia: w momencie powstania szyszynki, w trakcie narodzin oraz doświadczeń z pogranicza śmierci. Potwierdza to np. „Eksperyment Wielkopiątkowy”, czy relacje opisujące doświadczenie tzw. śmierci klinicznej.
Wróćmy jednak do poruszonego na wstępie tematu sporu. Czy w świetle przedstawionych wniosków, jesteśmy w stanie stworzyć metodę, pozwalającą skutecznie określić moment powstania człowieka oraz sposób odróżniania go od innych istot? W dzisiejszych czasach potrzebna może się okazać zdolność do odróżniania człowieka nie tylko od zwierząt, ale także od maszyny; intuicja wydaje się wystarczającym kryterium wyróżniającym człowieka spośród przyrody, w stosunku do różnic pomiędzy człowiekiem, a imitującą go maszyną, to kryterium może okazać się jednak zbyt słabe.

Potrzeba takiego rozstrzygnięcia, poprzez wyznaczenie skutecznej definicji, odpowiadającej na pytania, dotyczące natury i momentu powstawania człowieka – zmusza nas do stworzenia metody o charakterze intuicyjnym z uwzględnieniem aktualnego stanu wiedzy. Formułą mogącą wyrażać intuicję, zgodnie z którą jesteśmy skłonni nazywać siebie „ludźmi” – jak już wspomniałem – wydaje się być fakt naszego ludzkiego pochodzenia. W tym sensie człowiek byłby potomkiem „osoby ludzkiej”. Za osobę ludzką uważałbym człowieka, co prowadziło by oczywiście do błędu w definicji(idem per idem), jednak to właśnie idealnie ujmuje intuicję determinującą nas do nazywania człowieka – człowiekiem. To od innych ludzi, a przede wszystkim od rodziców uczymy się nazwać byty zgodnie z ogólnie przyjętymi zasadami, a to prowadzi nas do nazywania własnych potomków, nazwą którą nazywamy także siebie – taką nazwą jest człowiek.
Jeśli chodzi o opis naukowy, to należałoby się zastanowić, który moment jest kluczowy w kształtowaniu się osoby ludzkiej. Jak pokazują badania naukowe, takim momentem w fazie rozwoju embrionu ludzkiego, zdaje się być 49 dzień od momentu zapłodnienia. To w tym okresie w obrębie zarodka formułuje się szyszynka odpowiedzialna za podstawowe funkcje, które są utożsamiane z kluczowymi elementami składającymi się na istotę osoby ludzkiej.

Połączenie tych dwóch czynników – intuicji i opisu naukowego – wydaje mi się aktualnie najlepszym sposobem na stworzenie metody, która skutecznie pozwoliłaby odróżnić człowieka od pozostałych bytów. W myśl tej definicji człowiek byłby zatem „osobą pochodzenia ludzkiego”; skoro zaś cechy osobowe, kształtują się wraz z uformowaniem się szyszynki, to można też nazwać człowieka „potomkiem ludzkim z wykształconą szyszynką”. Taka metoda pozwala rozstrzygnąć wiele sporów, a w szczególności ten poruszony na wstępie; daje odpowiedź na pytania: kim człowiek jest i kiedy powstaje? W kontekście tej definicji, antykoncepcja postkoitalna, czyli tzw. pigułka „po” nie zabija człowieka. Dzieje się tak dlatego, że o cechach właściwych człowiekowi – w świetle przedstawionych badań – możemy mówić dopiero wtedy, kiedy ukształtują się cechy właściwe dla jego życia osobowego; ma to miejsce wraz z momentem ukształtowania się szyszynki, zatem dopiero w 49 dniu ciąży. Pigułka „po”, działa jeszcze przed zagnieżdżeniem się zarodka w macicy, a zatem przed momentem, który lekarze uznają za początek ciąży. Nie może być wtedy jeszcze mowy o człowieku.

Przyjęcie zaproponowanej metody wydaje się zgodne z intuicją, a poza tym daje możliwość rozwiązania wielu sporów m. in. w sprawach aborcji, czy szeroko rozumianej antykoncepcji; daje też metodę poznania człowieka odróżniającą go od maszyny, lub zwierzęcia oraz nie pozwala na „dewaluację” któregokolwiek z ludzi ze względu na jakiekolwiek poglądy, wygląd, czy zachowanie. Oczywiście jednolite przyjęcie każdej koncepcji wyeliminowałoby każdy rodzaj sporu, jednak to właśnie z osobowej i indywidualistycznej natury człowieka wynika, że raczej wątpliwe, iż kiedykolwiek to nastąpi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *